ael blog

Twój nowy blog

Właśnie przed chwilą mąż strzelił mi ( w sensie sfinansował) okulary słoneczne za jakieś siedem stówek.
Cóż, potrzebuję ich, stać nas, a jego w szczegolności. Okulary są ładne, modne, stylowe i w ogóle.
Dlaczego zatem nie umiem się tym cieszyć?
Dlaczego zamiast myśli „ale będę mieć świetne okulary” w głowie kołacze mi się myśl „o ja j…ę, tyle kasy za okulary, czy naprawdę musiałam je mieć?”

Mentalność biedaka?

Z mamą niby lepiej, ale jednak nie do końca. Chodzi. Ale wciąż nie czyta. Nie ma zaburzeń mowy ani pamięci. Ale do pracy się nie nadaje. Potrzebuje jedynie minimalnej pomocy osoby trzeciej, żeby funkcjonować. Podobno z dnia na dzień ma się polepszać. Ale lekarze twierdzą, że rehabilitacja potrwa jeszcze kilka tygodni. Zostanie wykonane badanie błednika, ale raczej już wiadomo, że to nie to. Jakoś to będzie.
W pracy kontrowersyjnie. Nowy szef. Znowu jestem na dorobku. Z nowym mieszkaniem na razie stan zawieszenia.
Wczoraj, po prawie 10 latach mieszkania w Warszawie, dotarlam (wraz z małżonkiem) na taras widowkowy Pałacu Kultury. Taras jak taras, widok jak widok, ale generalnie miło, że w koncu to zaliczyłam.
Dziś rzeczony małżonek poprawił mi humor. Wrócił z pobliskiego sklepu, gdzie spotkał sąsiadkę, niejaką Alżbetę Lenską, podobno aktorkę i żonę Rafała Cieszyńskiego, podobno aktora. Wrócił i oświadczył, że taka wyprawa do sklepu bardzo pomaga docenić świetną figurę żony. Jak się stoi za Alżbetą do kasy. Miło, aczkolwiek… wyglądam jak nasza szkapa. Serio. Gdzieś zniknął mi biust. Niemal. No pewnie, smukła jestem jak nigdy. Ale biust zniknął. I ciężko ciuchy dobrac, wszystko wisi. Tak jakoś wyszło.
Ostatnio gość stojący za mną w kolejce do bankomatu spytał :”stoisz w kolejce?”. Niby nic wielkiego, ale miło. Tak samo jak wtedy, kiedy ekspedientka w sklepie pierwszy raz zapytała: „co pani podać?”.

Chyba złapałam przeziębienie. W końcu musiało przytrafić się to i mnie. Lekko zdycham. Jak zawsze.

Persen

4 komentarzy

Do tej pory martwiłam się tym, że w pracy jest bardzo, bardzo źle, a wizja większego mieszkania sypie się jak domek z kart. Taka beznadziejna wizja bezrobocia, upokorzenia i braku nadziei na lepszą przyszłość.
A teraz się dowiedziałam, że moją mamę zabrało dziś pogotowie i leży w szpitalu. Zawroty głowy, wymioty, nie dała rady sama wstać z łóżka. Jutro będą jej robić jakieś badania, a w naszych głowach już kołacze się wizja najgorszego. Ma 55 lat. Z mamą zawsze dam sobie radę….
Dzięki Bogu jest ze mną Paweł.
Na zaśnięcie z powodu pracy brałam dwie tabletki Persenu i drinka. Co muszę wziąc na dzisiejszą noc? A co na następne?

Do diabła, po połowie butelki jakiegoś niewyszukanego merlota i wiązance przebojów Modern Talking te cholerne trzydzieste pierwsze urodziny wydają mi się całkiem do przżycia…   :-)

Właśnie przed chwilą niemal umarłam, ale na szczęscie mąż uratował mi życie.
Tuż po konsumpcji warkoczyka serowego (tak, tak, dziś też) przystąpiłam do konsumpcji czekolady (z kronikarskiego obowiązku: mleczna z orzechami i rodzynkami), zaś mąż moj oddawał się popołudniowej drzemce. Zachłystnąwszy się natomiast pierwszym kawałkiem prawie przeniosłam się na lepszy świat. Mąz mój jednak ocknął się z drzemki i uratował mi życie poprzez pierdzielnięcie w plecy. Następnie rzucił retoryczne „Boże, ile ty masz lat” i powrócił do drzemania. Bohater mimo woli normalnie.
A teraz, kiedy już pojadłam sera wędzonego i czekolady, chętnie bym czymś popiła…

Warkocz, warkocz

4 komentarzy

Mam nowe uzależnienie. Już nie tylko kiszoną kapustę będę wygrzebywała z torebki tuż po odejściu od kasy. Nie tylko oliwki zielone drylowane zawładną moimi nocnymi zachciankami. Życie ma lepszy smak, jeżeli jego towarzyszem jest warkoczyk serowy wędzony. Najlepiej ze trzy opakowania. Tuż po odejściu od kasy.

Ha, już wiem, czego mi brak! Ubrań i butów. Ależ oczywiście, że przez lata całe moją tęsknotę za odchodzącym latem koiły nowe trampki i dresy na WF, nowe buty, nowe dzinsy, nowe bluzki, i w ogóle wszystko czego potrzeba do szkoły. A w tym roku nie mam! W zeszłym też nie miałam. A na dworzu coraz zimniej. Lato odchodzi bezpowrotnie. Wypada zacząć chować letnie ciuszki i wyciągnąć te na sezon jesienny. I oczywiście dokupić nowe, pachnące sklepem i najmodniejsze w całej wsi. Nie wiem czy będę mieć za co, bo ostatecznie wczoraj kupiliśmy w końcu nowe auto, które jest fajne (granatowe!), ale to nie to samo, co nowy plecak i tenisówki!

PS. Nowe książki też miałam na 1 września, ale to chyba nie tego mi tak brak…

Po trzydziestu latach bycia AEL zostałam AEW. Nie AEL-W, tylko AEW.
Jakos sie przyzwyczaje…
Po miesiącu jakos do mnie dociera, ze juz nie jestem AEL, ani panną L., ani po prostu L.
Ale ci biedni ludzie w pracy to się W ŻYCIU NIE PRZYZWYCZAJĄ :-))))))))

Pierwszym małżeńskim zakupem (poważniejszym niż bułki i meble na balkon) był laptop. Laptop jak laptop, ani za specjalnie nie potrzebawałam lepszego niż ten posiadany do tej pory, ani nie uznawałam tego za poważne przedsięwzięcie finansowe. W każdym razie mamy nowy laptop.
Drugim poważnym wspólnym zakupem ma być auto. W zasadzie jest mi wszystko jedno jakie, aczkolwiem wolałabym uniknąć kombi. Ustaliliśmy, że kupimy auto używane, a nie z salonu.  Małżonek podjął intensywne działania poszukiwawcze, uruchomił sieć znajomych oraz znajomych znajomych. Trochę wprawił mnie tym w osłupienie. Poprzednie auto kupowali mi rodzice i jakos podskórnie sądziłam, że z tym będzie tak samo… Takimi rzeczami zajmują się moi rodzice… Ja mogę zarobić na to auto, ale przecież nie potrafię go sama kupić… Nie jestem jeszcze wystarczająco dorosła…Dzieci nie mogą kupować samochodów…
Dziwne, że mogą zawierać małżeństwa…

Wyszłam za mąż. Jest dziwnie…


  • RSS