ael blog

Twój nowy blog

Jestem na wagarach

4 komentarzy

A, tak jakoś to życia zachrzania… Jestem właśnie na wagarach, bo nie dotarałam za zajęcia na UW, chociaż naprawdę próbowałam tam dotrzeć! Jorgnęły mi się numery autobusów, poczułam się jak pięciolatka, która zgubiła mamę w dużym sklepie i ze łzami w oczach wróciłam do domu.
A poza tym to byliśmy na Rodos, było sympatycznie: ciepło, leniwie i do pełna. Więcej tam raczej nie pojadę, ale nie będę już potrafiła żyć bez (co najmniej) czterogwiazdkowych hoteli all inclusive. Powinnam mieszkać w jednym z nich. Nad basenem…
Byliśmy w Szczecinie. Bardzo fajne miasto, troche zaniedbane, ale cholernie klimatyczne, normalnie jakby zza rogu miał za moment wyjść Eberhard Mock albo sam Adolf Hitler. Byliśmy na weselu, więc było miło, choć daleko.
No a tydzień później byliśmy na pogrzebie babci Szacownego Małżonka. Niemiło, choć blisko…

A dziś jak wracałam do domu jakiś zakapturzony nastolatek na naszej ulicy zapragnął mi wyznać, że jestem śłiczna. Nie badałam mu sanu trzeźwości, faktycznie było już ciemnawo, aczkolwiek sztuka jest sztuka…

Byłam ci ja wczoraj na Krakowskim Przedmieściu, obejrzałam „obrońców” krzyża, doświadczyłam zapachu w komunikacji miejskiej, poczułam ścisk żołądka przed wejściem do czegoś w rodzaju dziekanatu (czemu ja sie uparłam na tę naukę, czemu), popatrzyłam na współczesną młodzież…
Ogólnie nie jest dobrze. Po Krakowskim Przedmieściu kręci się więcej kobitek w KOZACZKACH (sic!) niż w sandałkach! To jak to lato ma do nas wrócić? Moje jedne satynowe cytrynowe balerinki (wciąż zresztą przemoczone) wiosny nie uczynią!!!

 

I tak oto w trzydziestym pierwszym roku życia dostrzegłam proszę państwa, że na pośladkach i tylnej części ud mam to, co inne kobiety nazywają cellulitisem. Zupełnie przypadkowo mizdrzyłam sie przed lustrem (hehe, kogo chce oszukać, mizdrzę się tam za każdym razem, kiedy przechodzę i nie wyglądam akurat jak zombie) i jakoś tak okazało się, że z tyłu coś się piętrzy. Nie wykluczam, że ten cholerny cellulitis był tam przez ostatnie dziesięć lat, tylko że przez ostatnie dziesięć lat żyłam w przekonaniu, że moje ciało jest uosobieniem kobiecości, doskonałości i tylko wybrańcy mogą to dostrzec (jeszcze raz dziękujemy miłemu panu, który tak mnie zindoktrynował te dziesięć lat temu), a narzekałam tak z przyzwyczajenia i dla przyzwoitości. Przekonanie, że pochodzę wprost od Ewy, która jest przecież dziełem Boga, było tak głębokie, że firmy produkujące stosowne specyfiki raczej na mnie nie zarobiły. A dziś – trrrach – cellulitis! Liposukcje raczej wykluczam, szkoda kasy i cierpienia (heheh, jak przeżyłabym liposukcję skoro boję się nawet pobierania krwi, heloł!). Trudno, trzeba będzie nadrabiać osobowością…

Tydzień temu okazało się, że zdałam jeden cholernie ważny i trudny egzamin, uzyskując przy tym wynik tak dobry, że zakoczył nawet mnie, a paru życzliwym i nieżyczliwym kopary poopadały. No ale o tym nie będę pisać – cellulitis ważniejszy.

Małżonek z pewnym powodzeniem pisuje do kilku serwisów internetowych o wąskiej specjalizacji. Głupawej moim zdaniem zresztą, ale pecunia non olet. Swoją drogą fenomen: nie wiem czy on umie czytać, bo z książką w ręku widziałam go może ze trzy razy w życiu (podręczniki i gazety się nie liczą), ale pisać umie tak, że ktoś to chce czytać.
Popołudniu pisze jakiś mini-felieton i zawzięcie coś przy tym liczy. Mnoży, dzieli i odejmuje.
- AELciu, jak stałaś z matmy w szkole? – pyta w pewnym momencie
- No, yyyyyyy, zależy w której klasie, a co, jakieś całki i różniczki?
- Nie, ale może mogłabyś mi pomóc…
Przez dłuższą chwilę dzielimy, mnożymy, odejmujemy, z użyciem kalkulatora i bez, a ja proponuję nawet ułożenie proporcji. W końcu małżonek uznaje uzyskany wynik za satysfakcjonujący i wraca do redagowania felietonu.

Pisze: „Jak zatem łatwo policzyć, uzyskany wynik to…”

Lilou

4 komentarzy

W zasadzie czuję się jak trzylatka, która zobaczyła na wystawie przepiękną, koszmarnie drogą lalę, obsesyjnie jej zapragnęła i tak długo męczyła o nią tatusia, aż jej kupił. Po czym po dwóch dniach zabawy rzuciła ją w kąt na rzecz ludzika z kasztanów.

Otóż zapragnęłam mieć bransoletkę Lilou (czyli kawałek sznurka z przyczepioną blaszką za mniej więcej stówkę), męczyłam o nią małżonka cały weekend, aż gotów był jechać po nią w sobotę popołudniu – i dziś zawiózł mnie do sklepu i sfinansował zakup, litościwie nawet nie pukając się w głowę.
Zaordynowałam wygrawerowanie treści, czyli dużej litery P z kropką (niby, że pierwsza litera imienia małżonka, ale jakby co to załapie się paru innych dżentelmenów o tym bądź innych imionach na literę P).
Jutro po 12.00 odbiór. Podejrzewam, że sznurek na nadgarstku znudzi mi się koło piątku i rzucę ją w kąt na rzecz plastikowej opaski do włosów z Biedronki czy coś.

Bransoletka wygląda jakoś tak

Swego czasu z zaskoczeniem, a i pewną dezaprobatą czytałam wyznanie jednej bardzo fajnej blogowiczki, że w sezonie letnim nie zdarza jej się powtórzyć kreacji, w jaką odziewa się do pracy.
Minęło trochę czasu, wyszłam za mąż, nabyłam teściową, która nie miała córki, wraz z siostrami teściowej, które nie miały córki i nie mają własnych synowych.
Otóż nie jestem pewna czy uda mi się założyć w tym sezonie letnim wszystkie letnie fatałaszki, które mam i bez trudu uniknę powtórzenia kreacji do pracy.
Aktualnie z etapu spódniczek, bluzeczek i sukieneczek przeszłyśmy do etapu skarpetek, rajstopek i pytań o rozmiar bielizny. Nie mogę doczekać się przejścia do etapu kosmetyków i biżuterii, aczkolwiek obawiam się, że najpierw nastąpi etap kokard we włosach…

Leżąc na kanapie oglądamy mecz Urugwaj – Ghana. Zachwycam się grą i aparycją Kevina-Prince`a Boatenga. Małżónek delikatnie oponuje. Im bardziej on oponuje, tym bardziej ja się zachwycam. W pewnym momencie z lekkim półuśmiechem mówie:

- A wiesz, że w Iranie ojcowie biją córki, a mężowie rozwodzą się z żonami, kiedy one oglądają mecze i kibicują piłkarzom z obcych drużyn..? Ale tu jest Polska…

-… i nie będzie tak łatwo się ciebie pozbyć – kończy mąż z kwaśną miną.

 

Przed chwilą szacowny małżonek zadzwonił zamówić pizze (pizzeria San Giovanni, polecam). Podał numer telefonu i adres. Miły pan po drugiej stronie słuchawki jowialnym tonem skomentował:
 - Aaaaa, stały klient :-)

Taaaak. I to by było na tyle w temacie mojego gotowania.

:-)

Chodzę sobie dzisiaj po Auchan i jak to zwykle bywa w weekendy jestem zupełnie do siebie niepodobna: buty na płaskim obcasie, zero makijażu, włosy w kitkę, mała niunia po prostu. Zakupy robię – wiadomo – z kartką i długopisem w ręku. Wybieram akurat jakieś jabłka czy banany, więc w jednym ręku trzymam torebkę na nie, a drugą pakuję. Listę zakupów trzymam chwilowo w ustach. Nagle słyszę:

- nie bierze się do buzi!

Rozglądam się. Tuż obok w skłepowym wózku siedzi ciemnowłosy trzylatek i wpatruje się we mnie z marsową miną…

- NIE BIERZE SIĘ DO BUZI !!! – upomina mnie ponownie

Zawstydzona wyjmuję kartkę z ust i z przepraszającą miną czmycham spłoszona między skrzynki z owocami.

Za kilkanaście lat zmienisz zdanie, przystojniaczku –

- myślę

po minucie.

Popołudniu małżonek oddaje się drzemce, ja zaś – w przypływie szaleństwa – duszę w kuchni pieczarki, celem spreparowania rożków francuskich z pieczarkami. Pieczarki duszą się w zasadzie same, więc półleżę obok męża z laptopem na kolanach.

Małżonek budzi i mruczy: Chyba sąsiedzi coś gotują…
Ja: yyy?
Mąż: no bo tak jedzeniem pachnie…
Ja: ale to nie sąsiedzi
Mąż: (ze szczerym zdumieniem): GOTUJESZ COS???

Jestem jak Nigella Lawson. Gotuję raz na tydzień, ale za to nieźle.

Albo rzadziej…


  • RSS