Od świąt (w sensie od Wielkanocy) zalegałam w łóżku ze względu na kategoryczny nakaz leżenia i inkubowania, po tym jak w Wielkanoc się przetrenowałam na spacerach. Teraz mam już zielone światło na poród, wyglądam jakbym połnęła piłkę lekarską, aczkolwiek trochę mało przytyłam. Jak znam życie to po tym, jak walczyłam, żeby nie urodzić za wcześnie będę musiła walczyć, żeby nie przenosić. Dżentelmen w moim brzuchu wydaje się mieć świetnie, niestety na ostatnim USG wyszło, że ma poszerzony kanalik kielichowo-miedniczkowy w prawej nerce, więc zrobiło się zdecydowanie mało śmiesznie, trzeba to będzie sprawdzić na USG po porodzie i ewentualnie później myśleć. Ja oczywiście myślę już teraz. Za to Mała Gwiazda waży już ok. 3200-3300 g i dużo czasu spędza w ruchu, zwłaszcza w okolicy moich żeber i pęcherza.
W pracy dali mi podobno awans i na pewno nagrodę uznaniową. Fajnie, jak na osobę, która od ponad półtora miesiąca nie zaszczyciła siedziby pracodawcy swoją obecnością.
Ominął mnie bal w Agorze, na który zaproszenie przytargał Przyszły Ojciec, ale podobno było średnio (wysłałam go samego).
Pojutrze idę na biopsję guza tarczycy, akie interesujące nowe doświadczenie ;-)
Generalnie w tym momencie życia interesuje mnie tylko ciąża, dziecko i ja sama… Swoją drogą w tych ostatnich tygodniach niedomaga się intelektualnie do tego stopnia, że musiałąm napisac notkę, żeby sprawdzić czy pamiętam jeszcze literki…