A, tak jakoś to życia zachrzania… Jestem właśnie na wagarach, bo nie dotarałam za zajęcia na UW, chociaż naprawdę próbowałam tam dotrzeć! Jorgnęły mi się numery autobusów, poczułam się jak pięciolatka, która zgubiła mamę w dużym sklepie i ze łzami w oczach wróciłam do domu.
A poza tym to byliśmy na Rodos, było sympatycznie: ciepło, leniwie i do pełna. Więcej tam raczej nie pojadę, ale nie będę już potrafiła żyć bez (co najmniej) czterogwiazdkowych hoteli all inclusive. Powinnam mieszkać w jednym z nich. Nad basenem…
Byliśmy w Szczecinie. Bardzo fajne miasto, troche zaniedbane, ale cholernie klimatyczne, normalnie jakby zza rogu miał za moment wyjść Eberhard Mock albo sam Adolf Hitler. Byliśmy na weselu, więc było miło, choć daleko.
No a tydzień później byliśmy na pogrzebie babci Szacownego Małżonka. Niemiło, choć blisko…

A dziś jak wracałam do domu jakiś zakapturzony nastolatek na naszej ulicy zapragnął mi wyznać, że jestem śłiczna. Nie badałam mu sanu trzeźwości, faktycznie było już ciemnawo, aczkolwiek sztuka jest sztuka…