Każdego dnia, niczym chłoporobotnik, wstaję bladym świtem. A tam – świtem. Ja normalnie przed świtem wstaje. O 6 rano konkretnie. No, może o 6.07. Budzą mnie Szacowny Narzeczony wespół z Jakubem Poradą. Albo też Szacowny Narzeczony z Jarosławem Kuźniarem. No w kazdym razie Narzeczony jest niezmienny. Niezmienne jest też to, że każdego ranka o 6.07 czeka na mnie aromatyczna kawa. I to by było tyle miłego. Bo tak poza tym to trzeba wstać i walczyć z rzeczywistością. Więc kazdego ranka marzę, aby już była sobota, to się w końcu wyśpie. I co?

I NIC, k…va!!!!!! Dziś jest sobota, mamy godzinę 6. 30, a ja od poł godziny nie śpie, jestem rzeźka jak skowronek, żadnego piasku pod powiekami, normalnie mogę do zakładu wyruszać, bo spać to mi się nie chce na pewno. Fajnie, nie? I to bez kawy…