ael blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2009

W weekend swoja cokwartalną wizytę złożyła nam Mamunia Narzeczonego, zwana zaliczkowo Teściową. Rzeczona Teściowa jest osobą światłą, wykształconą i ogólnie umiejącą się zachować, a co najmniej starającą się. Jako że odwiedziła nas w weekend zastała mnie przy sobotnim ściaraniu kurzu z mebli. Doznała jednakowoż szoku na widok, że ścieram kurze z szafek wilgotną ściereczką, co jej zdaniem grozi szybką i nieuzniknioną degradacją mebli. (Dodam, że te meble to nie jest jakiś Ludwik ani nawet Swarzędz, ot – zwykłe fajne meble.) Doszło do pewnej różnicy zdań między nami na temat właściwej techniki usuwania kurzu z mebli, przy czym odstąpiłam od polemiki z jedynym słusznym poglądem (mówiącym, że kurz ściera się JEDYNIE suchą ściereczką), taktownie niezbyt mocno trzaskając drzwiami i przebywając znaczącą chwilę za długo w sąsiednim pomieszczeniu. Moja postawa była wypadkową faktu, że zarówno mieszkanie, meble, jak i ściereczka stanowią zakup Teściowej, jednak warto wspomnieć że umowa byłą taka, że w tym domu będę Panią Domu, a nie panią do sprzątania.
Mając na uwadze powyższe moja Teściowa, jak wspomniałam – kobieta z pewnego rodzaju klasą, postanowiła w tej sytuacji COŚ ZROBIĆ. I dziś wręczyła mi śliczną nową, specjalną, a nawet specjalistyczną ściereczkę do ścierania kurzu!!! Ściereczka, jak zostałąm poinformowana i poinstruowana, służy do ścierania kurzu z mebli na SUCHO, po użyciu natomiast należy ją uprać w mydle Biały Jeleń i wysuszyć.

I straszno, i śmieszno, co????

A dziś – wstałam o 8, po pobieżnej toalecie przespacerowałam się po bułki do sklepu, mój brunet nie podał mi dziś wyjątkowo kawy do łóżka, więc zaserwowałam ją sobie sama, potem przyszli panowie fachmani więc ich „nadzorowałam”, wylegując się na kanapie. Kiedy sobie poszli wyciągnęłam swoje akcesoria i jak prawdziwa hausfrau wypucowałam całą chałupę. Niby mogłam też skoczyć do kosmetyczki, ale te 300 metrów piechotą mnie przerastało. Potem jeszcze sie powylegiwałam, co szło mi o tyle dobrze, że powracający z pracy brunet oświadczył, że nie oczekuje obiadu, zbliżając się tym samym do mojej wizji wymarzonego mężczyzny. Powrócony z pracy brunet zapakował mnie do auta i podrzucił do pobliskiego centrum handlowego, gdzie grasowałam przez jakies 2-3 godziny, przymierzając i przebierając, a także – nie ukrywajmy – kupując. Czekając na bruneta, który miał mnie z powrotem przetransportować do domu skonsumowałam posiłek, a szczęsliwie dowieziona do domu wysłuchałam serii achów i ochów na gruncie mojej prezencji w nowonabytej odzieży. Teraz rozważam zmianę lakieru na paznokciach, ale na razie podjadając przytargany z centrum handlowego fantastyczny ser pleśniowy (tak po prawdzie to zaciąga ciepła oborą) zapuszczam w słuchawkach jakichś seksownie brzmiących dżentelmenów, serfuję po sieci i zastanawiam sie co by tu zrobić, żeby moje życie wyglądało tak każdego dnia…

  


  • RSS