Wracam ci ja w czwartek z okolicznosciowego piwa (czy tam trzech), co to je piłam z kumplem z pracy. Wiadomo, wyglądam jak osme dziecko stróża: rozczochrana, ze świecącą twarzą, no lekko zdefasonowana. Mam na twarzy wyraz skupienia, bo na forum mojego mózgu prowadze dyskusję z pęcherzem na temat tego czy musze iść do tolety już natchmiast czy zaledwie zaraz. Pęcherz wygrywa, więc wychodząc z metra przybieram trzecią predkość kosmiczną. A tu leci za mną facet jakiś, no ewidentnie za mną. Zgubiłam coś i odnieśc chce pewnie, myśle, bo tak uczciwie wygląda. Ale pozory mylą, chłopię młode, dobrze odziane, pewnie mnie skroić chce. No i facet się odzywa: „Przepraszam, coś tam, coś tam, pitu-pitu, bardzo miło, czy nie umówiłaby się pani ze mną na kawę?” *)

Niby nic wielkiego, ale zrobiło mi się bardzo przyjemnie…

Wracam ci ja w piątek z okolicznościowego piwa (jednego!!!), co to je piłam z kumplami (trzema, ale każdy miał swoje piwo) z pracy. W sumie nieważne jak wyglądam, ważne, że przybieram trzecią prędkość kosmiczną z powodów jak wyżej, a także oczekującego narzeczonego. No i patrze, a tu na chodniku prawdziwe, niczyje, niebieściuchne 50 złotych leży…

Niby nic wielkiego, ale zrobiło mi się bardzo przyjemnie…

Z kim by się tu teraz napić…?

*)całkiem zdrowy, mało używany facet, no i musiałam mu, do licha, odmówić…