Jak by to ując…
Kiedy bylam małą dziewczyną byłam jakby dorosła. Taka mała, poważna, odpowiedzialna istotka. Kiedy dorosłam w sumie dalej byłam/jestem taka powazna i odpowiedzialna. Tylko, że… Jak jeszcze raz usłyszę z niewątpliwie życzliwych ust, że to już najwyższy czas na dziecko to połozę się na podłodze i już nie wstanę. Normalnie wszyscy dali sobie spokój z radami, że juz czas na meża i płynnie przeszli do kolenego etapu. Czy oni nie widzą, ze sama jestem jeszcze dzieckiem???
Czy dziecko z rozsadku jest tak samo beznadziejne jak małżeństwo z rozsądku?
Czy znacie kogoś, kto zna kogos, kto sie macierzynstwem pozytywnie „rozczarowal”?
Czy tylko ja mam tak, że czytam te rózne rodzicielskie blogi z rzewnym uśmiechem na ustach, a potem klikam na krzyżyk z myślą: „dobrze, że mi sie to nie przytrafia”?
Mój narzeczony zamiast zacząć mi uświadamiać, ze dziecko to tak, kiedyś, w przyszłości, po doktoracie, domu i lepszym aucie, z zaległą ratą za hibernacje, gładko mówi, że możemy zacząc się starać kiedy tylko zechcę, w zasadzie od ręki, przecież nie wymaga to zadnych wieloletnich przygotowan.
No do diabła. Dziś jestem AEL, czy mam z tego dobrowolnie zrezygnować na rzecz „jestem mamą AELątka”???
Czy to już czas na leczenie u specjalisty, skoro myśl o porodzie i macierzyństwie sprawia, że mam łzy w oczach? I nie są to łzy wzruszenia…
I dlaczego ci wszyscy ludzie nie są w stanie zrozumieć, że dzieci nie mogą miec dzieci?!?