ael blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

Zdałam. Zdałam ten idiotyczny, żenujący egzamin na zakończenie moich studiów podyplomowych. Uzyskalam 85 punktow na 100. Podobno wychodzi z tego czworka. Niech im bedzie. Mam ochote zrobic mala rozrobe na koniec. Na razie w ramach jatrzenia wyslalam do asystentki szanownej pani profesor zapytanie czy moge ocene poprawiac, bo mnie nie satysfakcjonuje… Bo faktycznie, o ile 85/100 uwazam za bardzo przyzwoity wynik, to wystruganie z tego czworki uwazam za przerost ambicji kadry naukowej na SGH odnosnie poziomu uczelni. Na litosc Boska, to sa studia podyplomowe!!!
Najaktualniejszy z Aktualnych tez zdal dajac na egzaminie dowod, ze jest facetem, ktory poradzi sobie w kazdych okolicznosciach i ze wyobraznia jest waniejsza niz wiedza :]
Ciesza mnie te moje 85 pkt, bo wiem, ze niektore pupilki pani profesor nie uzyskaly tyle, a najwieksza wlazidupka robiaca za gwiazde studium zdobyla 86. I ja, taka outsiderka spod sciany – 85.

W pracy dostalam nagrode najglowniejszego szefa. Calkiem ladna czterocyfrowa liczba. Tym ladniejsza, ze wcale nie miala jedynki na poczatku :-) A potem odliczylam sobie podatek i doszlam do wniosku, ze na mojej premii najbardziej zyskuje fiskus…

Zaczynam przywykac do mysli, ze mojemu zyciu zawsze bedzie towarzyszyl stres, ktory w koncu doprowadzi mnie do cmentarza (albo na okladke „Faktu”).

Chodza za mna butki. Takie letnie sandalki. Na poczatku lata zawsze uwazam, ze nie powinnam nosic takich odkrytych butow, bo mam brzydkie stopy. Potem sie ociepla i w zasadzie jest mi wszystko jedno jakie mam stopy, byle miec wygodne buty. A wraz z nadejsciem jesieni przychodzi do mnie zal, ze musze schowac swoje fajne jednak stópki w zakrytych butach…

Niby nie jestem zbyt żarliwa katoliczka, ale zawsze w trudnych chwilach mam gdzies w glowie slowa mojej ulubionej modlitwy. Uspokaja mnie. I miedzy innymi ze wzgledu na to dziekuje pewnemu blogowiczowi, ze sie za mnie modlil, kiedy tego potrzebowalam. Jestem slaba w wyrazaniu emocji, totez pisze po prostu – dzieki, bardzo to doceniam.

Jako wyjatkowo „zarliwa” katoliczka, absolwentka przedszkola prowadzonego przez zakonnice, wieloletnia spiewaczka dzieciecego choru koscielnego zwanego schola oraz absolwentka niezbyt prestizowego katolickiego uniwersytetu mam zamiar uczcic wizyte papieza calkowitym zignorowaniem wizyty papieza, niewychodzeniem z domu i koncentracji na zagadnieniach typu „suwerennosc a integracja europejska w perspektywie historycznej”…
Na razie w ramach powitania B16 splonal jeden kosciol… Zauwazylam, ze na dachu mojego bloku grasuja dekarze (ale zaden z nich nie jest Adamem Malyszem)…Mam nadzieje, ze kolejnym etapem nie bedzie pozar wiezowca…

Poza tym to w zeszlym tygodniu spotkalam w pobliskim sklepie Rafała Cieszyńskiego, i – slowo daje – nie mogl ode mnie oderwac wzroku. No tak, pobliskim sklepem jest Arkadia, nie moja wina, ze mieszkam blisko i chodze tam po bulki. Otoz wracalam sobie objuczona dwoma siatami z Carrefoura i postanowilam zajsc jeszcze do jubilera celem sprawdzenia czy wciaz jest na wystawie przepieeeekny, slusznie mi nalezny pierscionek za jedyne 4000 zeta. Katem oka dostrzeglam niekulawego faceta, ktory rowniez mnie dostrzegli ewidentnie sie gapil. Niezwlocznie zidentyfikowalam obiekt jako Rafała Cieszynskiego i operacyjnie udalam, ze wcale sie na niego nie patrze. W miedzyczasie ustalilam, ze pierscionek na wystawie wciaz jest. Udajac totalny brak zainteresowania dokonalam ostatniego rzutu oka i ustalilam, ze RC wciaz sie we mnie wgapia. Sploszona naglym wzrostem wlasnej atrakcyjnosci czmychnelam do pobliskiej Sephory.
No coz, owszem, bylam rozczochrana jak nieboskie stworzenie, w calodziennym makijazu, w butach na plaskim obcasie, ktore zakladam 2 razy na sezon, w narzutce a la fartuszek sklepowej z lat 80., a na dodatek w urokliwych rajstopkach typu kabaretki w kolorze ecru, ktore to rajstopki sprawiaja, ze moje nozki wygladaja jak szynka z indyka w siatkowej oslonce, a na dodatek trzymalam w lapkach 2 siaty wypchane kartonami z mlekiem i sokami, bulkami, maslem, jogurtami i tylko opakowania papieru toaletowego pod pacha mi brakowalo, ale obektywna prawda jest taka, ze rafal Cieszynki nie mogl ode mnie oderwac wzroku, tak?

PS. sama nie wiem skad wiedzialam, ze Rafał Cieszynskie to Rafał Cieszynski, a w ogole to kto to jest Rafał Cieszynski?

21.00 czytam po raz kolejny „Kod Leonarda da Vinci” w ramach akcji „co by tu zrobic, zeby sie tylko nie uczyc”
21.15 gadam przez telefon z Magda, ktora jest jeszcze – Boze, Ty to widzisz i nie grzmisz – W PRACY!!!
22.00 Najaktualniejszy z Aktualnych dzwoni, zeby mi powiedziec, ze mnie kocha… zaczynam podejrzewac, ze cos zmalowal…
23.00 na szczescie lozko jest na tyle duze, zeby pomiescic 4 poduszki, w tym 2 typu „jasiek”, gigantyczny koc, ilustrowane wydanie „Kodu” w formacie cos jakby A4, no i mnie, tez w niezlym formacie :) zasypiam
6.30 chce byc kura domowa i nie musiec chodzic do pracy
6.35 nadal chce byc kura domowa i nie musiec chodzic do pracy
6.40 ide do wanny
7.00 czy to juz na pewno czas na zrobienie makijazu?
7.15 czy musze sie juz wbijac w kostiumik?
7.20 kawalek kabanosa w ramach sniadania i wybor jogurtu sliwokowego z ziarnami zboz jako sniadania biurowego
7.30 wlasciwie to dlaczego ja sie upieram na szpilki na 12 centymetrowym obcasie?
7.35 wedruje do metra, mamy wyjtkowo piekny maj, Meck wyspiewuje mi w sluchawkach, zebym go wziela, bo jest caly moj i ze czuje grzmot w sercu
7.40 cholera jasna, znow przyjechalo krotkie metro, baba przede mna sie potknela i zgubila torebke (pijana czy co), pozajmowali mi wszystkie miejsca i stoje sobie w tych swoich 12 centymetrowych szpilkach i udaje, ze wszystkimi gardze, a tak naprawde to chce tylko odrobiny swiezego powietrza
8.00 codzienna chwila relaksu – spacer od metra do zakladu
8.15 nie chce mi sie pracowac, ale musze: telefony, maile, faxy, o wszystko co podpisze moze mnie kiedys zapytac prokurator
11.00 to moze pojdziemy na sniadanie? kolezanka znajduje w swojej tortilli wlos… twierdzi, ze łonowy… kolega (tej samej szarży) twierdzi, ze wlos łonowy to jej wypadl spomiedzy zębów…dobrze, ze ja wzielam parowki…
12.00 organizujemy autokar na pogrzeb kolezanki z wydzialu… byla w wieku mojej mamy.. rak macicy…
13.00 tlumaczenie jednemu panu z Izabelina, ze kiedy w rozporzadzeniu napisano, ze urlop nie moze sie rozpoczynac ani konczyc dniem wolnym, to nie ma to nic wspolnego z sobota i niedziela…
13.30 ukradkowy przeglad blogow :-) zeby nie zwariowac :)
14.00 realizacja glupawych spraw organizacyjnych, a przeciez nie pracuje w firmie cateringowej, i nie zajmuje sie organizowaniem imprez, nawet na najwyzszym szczeblu rzadowym
15.00 najlepsze (najciekawsze w sensie prawa) zaczyna sie kiedy musze juz wyjsc, ale postaram sie zajac tym jutro… jutro tez jest dzien – PIATEK!
15.15 odmeldowuje sie u szefa i strasze go, ze jestem w ciazy… mowi, ze jesli mam zamiar przyniesc zwolnienie to zabrania mi wychodzic dzis wczesniej z pracy…strasze go, ze rozpuszcze plotke, ze to jego dziecko :DDDDDDD zyczy mi milego przegladu
15.20 codziennie powinnam wychodzic wczesniej :) dobrze, ze nie mam dzis angielskiego
16.00 Pan Gin podsumowuje: cytologia I grupa, nadzerki brak, reszta w normie, prosze wrocic do domu i zyc dalej
16.30 w ramach bycia dzielna w czasie przegladu kupuje sobie nowy cien Lumene i rajstopy Gatta w idealnie kartoflanym odcieniu
17.00 pocztowa kolejka to ciekawe miejsce do obserwacji… tylko zeby nie trzeba bylo placic rachunku Stoenowi
17.30 bede tu lezec (w moim lozku) i niech wszyscy sie ode mnie odczepia
18.00 no dobra, pojde przyniesc sobie nowe ksiazki z bibliotek
19.00 co my tu mamy: Rubem Fonseca, Maria Vargas Llosa, Joe Alex…? wybieram Witold Filler „Od Pierwszych Dam do Dody Elektrody”… polykam… polecam….
20.00 Najaktualniejszy pyta w SMSie co dostanie na polrocznice :-) chyba faktycznie bede musiala mu cos kupic, zwlaszcza po tym jak wyłudziłam podstępnie kolejny pierścionek ;-)
21.00 no dobra, obiecuje, ze jutro nie spedze popoludnia w domu, tylko wsrod zieleni traw i kwitnacych drzew ;-)
21.15 a poki co to zastanowie sie w co mam sie jutro ubrac do pracy…

dzien jak co dzien :-)

Ostatnio zajmuje sie glownie czekaniem… Normalnie wzielam na przeczekanie…

Czekam na wizyte u lekarza, na troche czasu na wizyte u fryzjera, na egzamin na studiach, na koniec kursu angielskiego, na wolny weekend (najblizszy za miesiac), na wiecej kasy, na wolny termin u kosmetyczki, na spotkanie z Aktualnym, na rozwiazanie jego dylematow zawodowych, na koniec prac nad jego plyta, na jego zakup mieszkania, na jakies ruchy u mnie w pracy, na dookreslenie sie niedookreslonego dotad szefa, na lepsza pogode, na nowa ksiazke Sapkowskiego, na wycieczke do Krakowa albo do Lublina, na to az mi znow paznokcie urosna, na to, az moj brat zacznie byc taki jak dawniej, na wizyte mamy, na urlop z wyjazdem zagranicznym, na porzadek w szafie, na odwage zeby znow prowadzic auto, na czas na spotkanie ze starymi znajomymi, na sezon owocowy, na chodzenie w bialych spodniach, na dobry nastroj od rana, na poczucie zadowolenia z siebie, na plaski brzuch i pelne piersi, na nowe ciuchy, na nowa notke na pewnym znalezionym w sieci blogu z polotem, na lepszy czas dla mnie…

Mam poczucie, ze niedlugo cos sie wydarzy, napiecie spadnie i bedzie tak jakby „po sesji”…

I tylko troche sie martwie, ze przezyje zycie czekajac, az cos sie w zyciu wydarzy…

PS. a tak poza protokolem to musze stwierdzic, ze Jonathan Rhys-Meyers we „Wszystko gra” to niezle ciacho (yammy-yammy)… a Scarlet sie ze mna zgadza… a sam film jest nawet jeszcze lepszy…


  • RSS