Panie i Panowie, chce wyglosic oswiadczenie.

Jezeli jeszcze raz ktos zapyta mnie o to ile zarabiam, to „zakurwię z laczka i poprawię z kopyta” – cytujac klasyka. Serio. Jestem u kresu wytrzymalosci.

Jezeli chodzi o osoby spoza pracy, to o moich zarobkach wiedza rodzice, brat i Aktualny Kandydat (na Meza). I wystarczy.

Ale niektorzy nie moga pojac, ze grono poinformowanych jest starannie wyselekcjonowane. W zasadzie musze pochwalic moich osobistych znajomych, ktorzy pytaja jedynie dyplomatycznie czy jest lepiej niz w poprzedniej pracy. Nie interesuje ich konkretna kwota, tylko raczej moj do niej stosunek.
Nawet moi dziadkowie, z ktorymi zyje bardzo bliska, spytali po prostu czy jestem zadowolona z zarobkow. Nikt nie dopytuje sie „ale ile???”.

Zauwazylam natomiast interesujaca tendencje: im mniejsza wiez czuje z dana osoba, tym bardziej ta osoba uwaza sie za uprawniona do poznania wysokosci mojego uposazenia. Wlaczajac w to osoby znane jedynie „z widzenia”, spotkane na dworcu PKS. Wlaczajac w to sasiadow z bloku obok. Wlaczajac w to szkolne kolezanki mojej mamy. A ostatnio uslyszalam od pani, ktorej odmowilam podania kwoty, ze sie na mnie zawiodla…

Niby rece opadaja, ale jedna jakos tak swierzbi…