ael blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2004

Mam dwie wiadomosci: jedna zla, a druga to sie jeszcze zobaczy…

Pierwsza jest taka: palac, w ktorym ja, ksiezniczka AELka, sie urodzilam nie jest juz palacem. To znaczy jest, ale nazwali go inaczej. To jest palac, w ktorym dawno temu mieszkal ksiaze Michal Klofas Oginski (podpowiedz dla melomanow – ten od „Pozegnania ojczyzny”), potem szlachecka rodzina Malewiczow, a potem zrobili z niego szpital. W latach 80. wybudowali nowy klockowaty szpital, ale ja jeszcze zdazylam urodzic sie w tym palacu. A skoro urodzilam sie w palacu, to logiczne, ze jestem ksiezniczka. Co najmniej ksiezniczka. No i kilka lat temu ten palac zostal zakupiony przez jakies instytucje koscielne… I teraz nazywa sie DOM MILOSIERDZIA BOZEGO!!!
To kim ja teraz jestem? Twardo bede trzymac sie wersji, ze nadal ksiezniczka. No bo przeciez nie przyznam sie, ze urodzilam sie w Domu Milosierdzia Bozego!

Druga wiadomosc jest taka, ze w najblizsza srode, 1 wrzesnia, w godzinach 8.15-16.15 uprasza sie o mocne trzymanie kciukersow. To bedzie moj pierwszy dzien w nowej pracy! Mozna tez dac na msze, odmowic rozaniec albo odprawic rytual woodoo… W kazdym razie chodzi o to, zeby wszystko poszlo dobrze i zebym nie zrobila z siebie patentowanej kretynki juz pierwszego dnia.

PS. Osoby uwazajace, ze juz jestem patentowana kretynka proszone sa o zachowanie tego spostrzezenia dla siebie ;-)

Latwo zauwazyc, ze narzekam na blogu na wszystkie pory roku za wyjatkiem…tarararam!… LATA!!!

Lato jest absolutnie zachwycajace i w ogole bezkonkurencyjne w swojej kategorii…
Lubie lato, bo:

-moge bezwstydnie obnazac polnagie piersi i nie byc posadzona o zamiar bezwstydnego obnazania polnagich piersi…
-moge sycic sie widokiem facetow lypiacych na moje polnagie piersi i ladowac akumulatory samozadowolenia na pozostala czesc roku…
-faceci tez chodza polnadzy i mozna sobie poogladac i nie trzeba sie nawet starac, zeby obejrzec gola klate na przyklad :]
-moge zalozyc na siebie 1 (slownie: jedna) czesc garderoby plus buty i byc gotowa do wyjscia…
-nie musze nosic czapki ani beretu ani zadnej innej rzeczy, ktora podobna do tego jest, a jak wiadomo, w nakryciu glowy wygladam jak uciekinierka z zakladu psychiatrycznego…
-nie musze nosic rekawiczek, a jak wiadomo nosze rekawiczki od pazdziernika do kwietnia i nie widac mi przez to moich fetyszystycznych paznokci…
-moge chodzic w swoich wloskich japonkach (sic!), a jak wiadomo jest to jedyne w mojej karierze obuwniczej obuwie, ktore mnie nie obciera…
-mozna patrzec na bezkrytyczne osoby, ktore przyczepiaja na swoich sloniowatych kostkach bransoletki na noge, i cieszyc sie, ze Bozia dala mi troszke rozumku, zebym wiedziala, iz przykuwanie uwagi do moich nog to nie jest dobry pomysl…
-przez wiekszosc doby jest widno, a czasem nawet jak sie obudze w srodku nocy (czyli o 7), to jest widno :-)
-jest duzo dobrego i taniego jedzenia…przyjme kazda ilosc owocow i warzyw do konsumpcji, kartofle wykluczone (mowicie kartofle czy ziemniaki?)
-jest cieplo, a jak wiadomo wole jak jest +30 stopni, niz jak jest -3…

Ale to cieplo sie niedlugo skonczy… I to wcale nie dlatego, ze tak mowia meteorolodzy, tylko dlatego, ze od poniedzialku ide na tygodniowy urlop i zgodnie z opinia mojej Mamy, ze mi to nawet w drewnianym kosciele cegla na leb spadnie, Polske nawiedzi zapewne seria burz, wszelkich opadow, a temperatura spadnie o 20 stopni.

Vampirella

28 komentarzy

Do moich ulubionych rozrywek nalezy poddawanie sie zabiegowi pobierania krwi.

Jak wiadomo jestem osoba majaca sklonnosc do omdlen. Bliskosc pielegniarki z igla jest czynnikiem stuprocentowo powodujacym utrate przytomnosci.

Pierwszy raz pobierano mi krew jak mialam 19 lat (pobierania krwi tuz po urodzeniu nie licze) i potrzebowalam zaswiadczenia lekarskiego o zdolnosci do podjecia studiow. Poszlam z kolezankami, one dzielnie spisaly sie na fotelu, potem posadzono na nim mnie, ja glosno przekonywalam wszystkich, ze mimo swojej sklonnosci do omdlen tym razem na pewno nie zemdleje, po czym malowniczo zlecialam z fotela prosto na twarz. Nabilam sobie gigantycznego guza na czole, cudem jedynie nie zbilam okularow, a nastepnie oddalam tresc zoladkowa (licha, bo przeciez bylam na czczo) pobliskiej muszli klozetowej. Na szczescie badania wyszly poprawnie.

Drugi raz zdecydowalam sie na bohaterskie oddanie krwi w zeszlym roku, zobligowana przez swojego ginekologa…Na badanie poszlam z Endronem, weszlismy do gabinetu, panie uprzedzilismy o moich sklonnosciach, zostalam wobec tego ulozona na lezance i zaczelam wszystkich przekonywac, ze przezylam juz tyle strasznych sytuacji, ze pobieranie krwi to dla mnie pryszcz. Oczywiscie tak naprawde usilowalam przekonac siebie. Przekonywanie bylo na tyle nieskuteczne, ze zemdlalam tuz po wkluciu i krwi udalo sie pobrac tyle, co na dnie probowki…
Odzyskawszy przytomnosc zaczelam wzywac imie zupelnie inne niz Endronowe (imie mojego brata) i niezle juz przerazone panie pielegniarki spodziewaly sie ujrzec scene karczemnej awantury urzadzanej przez Endrona ledwo zywej kobiecie ;-)
Na szczescie w laboratorium przebadali nedzna probke pod katem potrzebnym mojemu lekarzowi i badan nie musialam powtarzac…

Dlaczego o tym wszystkim pisze, Lejdis end Dżentelmen? No dlaczego?

BO W NADCHODZACYM TYGODNIU WYBIERAM SIE NA POBRANIE KRWI :))))))))))

APDEJT
A dzisiejszy dzien przebiegal nastepujaco:
-obudzenie sie we wlasnym lozko przed 5 rano i niemozliwosc ponownego zasniecia
-ciagle myslenie o tym cholernym pobraniu krwi
-utrata przytomnosci
-reanimacja przez brata
-w drodze do szpitala wydalenie lichej tresci zoladka w toalecie w stacji metra Pole Mokotowskie (pozdrawiam pana z obslugi patrzacego na towarzyszacego mi Endrona jak na przyszlego ojca, hehe)
-nastraszenie pan z ambulatorium swoimi makabrycznymi przejsciami
-bezproblemowe (po raz pierwszy w zyciu) oddanie krwi!

Wszystkim trzymajacym kciuki serdecznie dziekuje :-) Teraz pomodlmy sie o dobre wyniki ;-)

Ok, a teraz maly AELkowy przewodnik po Warszawie…
Ostrzegam, nie bedzie wyrafinowanie i snobistycznie.

Jezeli jedzenie, to GAGA. Takie akwarium przy ulicy Zgoda, naprzeciwko Jaja… Odpowiada mi atmosfera, nie czuje skrepowania, nawet jesli kelnerka nas olewa, to starcza mi cierpliwosci. I mam swoje ulubione jedzenie: nalogowo jadam tam lasagne :-)

Jezeli drinki, to LEMON… Co prawda nie bylam od dobrych kilku tygodni, ale w sezonie zimowym bywalam tam kilka razy w tygodniu :-) Miejsce ma fajna lokalizacje i wyluzowana obsluge. Nie wiem wprawdzie czy teraz Lemon nie jest juz passe, ale moge w najblizszy czasie wybrac sie w celu stwierdzenia czy nadal lubie to miejsce :-)

Jezeli piwo, to GNIAZDO PIRATÓW. Zdaje sie, ze to najblizsza mi knajpa, bo spokojnie wracam do domu w kilka minut piechota, nawet jak przyjelam dawke uderzajaca (3 piwa)…Nie znam sie na zeglowaniu, ale umiem juz spiewac kilka szant :-)))

Jezeli kawa, to MERCER`S przy Chmielnej…Lubie tam chodzic i obnizac odsetek zblazowanych gwiazd na metr kwadratowy lokalu :-) A poza tym ja w ogole lubie chodzic Chmielna :-) A kiedys w Mercer`s przezylam taka historie :O

Jezeli nocne wedrowki po Żoliborzu, to McDonald`s na skrzyzowaniu Okopowej i Powazkowskiej… Mozna wyskoczyc z tramwaju wracajac wieczorem z pracy i przespacerowac sie do domu z kubkiem Coli Light w reku :D

„Moim miejscem” jest tez niewatpliwie Jazz Club „Odeon” w Bialymstoku. Nie bylam tam od kilku lat, ale bede wspominac chyba do konca zycia :-)))

A zjawiskiem wymykajacym sie wszelkim klasyfikacjom jest Bar SADY Żoliborskie… W tym miejscu czas sie zatrzymal :-))

Do zobaczenia w „moich” miejscach :DDD

Nie ukrywajmy – uwsteczniam sie!
I nie chodzi to o regres intelektualny, choc pewnie jest…
Chodzi mianowicie o to, ze zaczelam sluchac piosenek z czasow mojego dziecinstwa…
W zasadzie moja fascynacja Rynkowskim, Wodeckim, Zaucha, Sosnicka, Majewska i Banaszak ma juz dlugie tradycje… Po prostu uwazam, ze ci ludzie umieja spiewac i warto posluchac ich starych szlagierow…
Ale ostatnio zrobilo sie jeszcze gorzej: namietnie slucham Mireille Mathieu i Demisa Roussosa!!! Pamietacie? Pamietacie niedzielne „Koncerty zyczen” w telewizji? Kiedy mama gotowala niedzielny obiad, a czlowiek wdrapywal sie na krzeslo, zeby dowiedziec sie co stoi na stole? A z telewizora lecialo „Santa Maria de la Mer”, „Good bye my love, good bye” albo Seweryn Krajewski „Uciekaj moje serce”…
W tej piosence Krajewskiwgo jest taki tekst: „uciekaj skoro świt, bo potem bedzie wstyd….” W moim malenkim dzieciecym rozumku brzmialo to jednak nastepujaco: „uciekaj skoro ŚWINT, bo potem bedzie wstyd…” I najwiekszym dylematem mojego dziecinstwa bylo znalezienie odpowiedzi na pytanie co to, do diabla, jest „śwint”!!!!!

Dla rownowagi slucham tez albumu Łony „Nic dziwnego”…Polecam zwlasza piosenke „Dobranoc – Do Ciebie, Aniu, szlem” :D

A czytam: Helen Fisher „Pierwsza płeć” (Jak wrodzone talenty kobiet zmienią nasz świat) oraz Tomasz Piatek „Bagno”…

A wszystkim zycze milego weekendu i przepraszam za pominiecie faktu, ze moj proces uwsteczniania doszedl juz do Fasolek :D


  • RSS