ael blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2004

Wczoraj bylam na postimieninowym
obiedzie w Sphinxie.*)
Weszlismy, dostalismy kiepski stolik, zamowilismy. Dostalismy „czekadelko”, zjedlismy, czekalismy. Wszyscy wokol dostawali swoje dania, a my nie…

Po ok. 30 minutach czekania udalo nam sie zatrzymac jednego z kelnerow. Zaczelismy mowic cos o czasie oczekiwania na zamowione potrawy. Mlodzieniec w ulamku sekundy popedzil do kuchni sprawdzic jak dlugo oczekujemy na zamowienie. Doprowadzil mnie tym do stanu wrzenia, bo sama doskonale wiedzialam, ze czekam juz z pol godziny. Przymierzalam sie juz do zrobienia malej awanturki i opuszczenia lokalu, kipiac z oburzenia nad fatalna jakosci obslugi.

Kelner zjawil sie po minutce i oswiadczyl, ze czekamy 27 minut, ale dania juz „wychodza” z kuchni. Z jadowitym usmieszkiem na ustach zagailam: „czy nie uwaza Pan, ze pol godziny oczekiwania to troche za dlugo”?

Oczekiwalam durnych wykretow, jalowych wymowek i niewiarygodnych tlumaczen; krotko mowiac – pretekstu do awantury. Bylam tak poirytowana, ze zamierzalam zmiazdzyc go swoim eleganckim spokojem klienta, ktory zna swoje prawa. Bo awantura w moim wykonaniu to w takich przypadkach kilka oschlych sformulowan i lodowate spojrzenie. W koncu facet nie jest winny, ale pol godziny to przesada.

Na moje zjadliwe pytanie uslyszalam odpowiedz: „bardzo mi przykro, chyba ma pani racje, a wlasciwie na pewno ma pani racje, to za dlugo, nie mam nic na usprawiedliwienie”.

Zatkalo mnie. To bylo wlasnie to, co nalezalo powiedziec w tej sytuacji.Klasyczny, podrecznikowy przypadek. I wreszcie ktos wykorzystal nabyta wiedze, odsuwajac na bok emocje.

Potrawy przybyly za chwile, reszta pobytu w lokalu uplynela w milej atmosferze.

Kelner otrzymal slusznie mu nalezny napiwek, moze jeszcze kiedys pofatyguje sie do Sphinxa (ta wizyta byla takim rekonesansem).

A niniejsza opowiesc dedykuje panu z kasy Kinoteki, ktory, podczas mojego ostatniego tam pobytu, w fenomenalny sposob rozjatrzyl konflikt doprowadzajac niemal do bojki i sprawiajac, ze moja noga dlugo jeszcze w Kinotece nie postanie.

Zycze wszystkim milego weekendu :-)

*) Sphinx – taka sieciowa restauracja w Al. Jerozolimskich, ale nie fast-food.

Nie rozumiem, skad tyle szumu wokol „Miasta utrapienia” Jerzego Pilcha. Przeczytalam, owszem – napisane sprawnie, dosc interesujaco, ale bez przesady. Lepsza robote zrobili w tym przypadku spece od PR niz sam autor. Moze swiadczy to o mojej plytkiej osobowosci, ale tym razem jakos Pilch do mnie nie przemowil…Innymi slowy – przereklamowane.

Podobnie sprawa ma sie z „Ostatnim samurajem” z Tomem Cruise`m (przeskoczylam do kinematografii, gdyby ktos mial watpliowsci). Ja rozumiem, ze inzynier Mamon lubi tylko te piosenki, ktore juz kiedys slyszal, ale ile mozna ogladac filmow o tej samej, na dobra sprawe, fabule??????????? Irytuje mnie ta nieznosna powtarzalnosc i nawet uroda i brawura Cruise`a nie jest w stanie mnie do tego filmu przekonac.

Kupilam sobie sweterek. Zazwyczaj nie znosze, jak ktos opisuje w kazdej notce co sobie kupil, albo, co jeszcze lepsze, co kupil jej ukochany chlopak, ale w moim przypadku to przezycie raczej z dziedziny emocji niz prosta zamiana pieniedzy na towary.
Chodzi o to, ze ten sweterek wielokrotnie ogladany i przymierzany nie podobal sie nikomu i wszyscy mi go odradzali: i mama, i Endrju. No i ja sobie ten sweterek wbrew wszystkim i wszystkiemu kupilam, i jestem zadowolona, uwazam, ze swietnie wygladam. I nie wazne ile kosztowal, i ze po praniu to bedzie szmata. Zastanawialam sie tylko 3 dni. Jestem coraz normalniejsza :-)

Za to osobe, ktora wpadla na pomysl, zeby zamknac w klatce kilka przepiorek, klatke obstawic opakowaniami z przepiorczymi jajami i calosc postawic na srodku „Hypernovej” w Galerii Mokotów, mam ochote zakuc w dyby i wystawic w miejscu publicznym. Rozwazam interwencje w Towarzystwie Opieki nad Zwierzetami.

I to by bylo na tyle. Oby do wiosny.

Spojrzmy prawdzie w oczy:
na trzezwo jestem mila, bystra i dosc spokojna osoba… Ale jesli ktos chce zobaczyc AEL, kiedy jest super sympatyczna, super blyskotliwa, iskrzy humorem i jest wulkanem energii – zdecydowanie powinien postawic mi drinka… a najlepiej od razu dwa :-)

Alkohol (mowa o malych dawkach) pozbawia mnie moich smiesznych zahamowan, odziera z nudnej otoczki powaznej, zrownowazonej pani prawnik, rozwiazuje jezyk (i, o dziwo, miewam cos do powiedzenia) i zdecydowanie czyni mnie bardziej interesujaca osoba.

Mysle sobie, ze codziennie rano zamiast kawy powinnam strzelic sobie male piwko ;P Bylabym najbystrzejsza studentka, najblyskotliwsza pracownica i najciekawsza kolezanka…

A powyzsze refleksje spowodowala mala imprezka w towarzystwie miedzy innymi Gogenzoli, Sheili, Kleo i Kalevali.

Dzisiejsza blotka byla sponsorowana przez haslo: „Czy mozna sie dobrze bawic bez alkoholu? Mozna, ale po co sie meczyc…”

Dzis ok.23 niemal samotnie czekalam na przystanku tramwajowym. Niemal, bo na laweczce siedziala pani ok. 60, calkiem zadbana, blondwlosa, z jakas torba. Zapytala mnie o numer tramwaju. Potem zapytala czy jest mi zimno. No coz, bylo chyba ponizej 0, stalam na przystanku od dobrych kilku minut, totez odpowiedzialam , ze troszeczke tak… Wtedy pani powiedzial: „Ogrzeje pania” i zaczela na mnie… chuchac: CHU-CHU-CHU! Chuchala tak ze dwie minuty, co jakis czas pytajac czy juz mi cieplej. Mimo zapewnien ,ze juz wszystko OK chuchala nadal. Poprosila mnie, zebym usiadla obok niej, ale jakos nie mialam ochoty.
W koncu dyplomatycznie udalam sie w drugi koniec przystanku, jednoczesnie buszujac w swiezym sniegu jak male dziecko. Prawie zrobilam orla! No w kazdym razie wygniatalam na sniegu rozne wzorki butami :-)
Pani i tak do mnie podeszla, zlapala za ramie i powiedziala mi konfidencjonalnym szeptem : „Chodzi mi tylko o to, ze ma pani chore nerki! Prosze zrobic badania, tylko o to mi chodzi.”

Hmmmmmmmmmm…

A kiedy bylam juz w „swoich rejonach” na ul. Krasinskiego minal mnie jadacy z ogromna predkoscia Mercedes. Taki, do jakiego ostatecznie bym wsiadla, bo zasadniczo Mercedesami pogardzam („Mercedes w kazdej zagrodzie”). Zatrzeslam sie z oburzenia i zanim zdazylam sie otrzasnac minal mnie jadacy z ogromna predkoscia radiowoz policyjny na sygnale! Heh, totalnie mnie przytkalo. Na „moim” spokojnym, pelnym babc Żoliborzu????????? Strzelanina wisiala w powietrzu, niemal rzucilam sie w zaspy zmieciona podmuchem pedzacych pojazdow!!!

A jutro rano (dla mnie to w zasadzie srodek nocy) ide na sniadanie z Ebo
Oczywiscie jesli do tego czasu nie dopadnie mnie zlosliwa choroba nerek tudziez zderzak drogowego pirata ;P

Urodziny spedzilam bardzo urodzinowo: dlugo spiac, odbierajac telefony, SMSy i maile z zyczeniami, jedzac urodzinowe posilki, ogladajac „Powrot krola”, czytajac ksiazki i oczywiscie pijac lemony w Lemonie.

Bardzo dziekuje wszystkim, ktorzy o mnie pamietali i zlozyli mi zyczenia. Maile od blogowiczow byly naprawde „rozwalajace” i wprawily mnie w euforyczny nastroj. Jeszcze raz wielkie DZIEKI!!!

A przy okazji urodzin naszly mnie refleksje. Konkretnie dwie.

Otoz jestem kims w rodzaju krola Midasa, sadzac po moich „exach”. Jakiegokolwiek faceta sie tkne, po rozstaniu ze mna zamienia sie on w zloto. W urodziny zadzwonil do mnie B., zlozyl zyczenia i pogadalismy sobie. Teraz ma wlasny dom, samochod i motocykl. Kiedy bylismy para kupowalam mu buty, bo nie mial zadnych nie dziurawych. Ma ciekawa prace i juz nie ma do mnie pretensji o rozstanie.
I wtedy uswiadomilam sobie, ze taki K. wciaz narzekal na prace, a po rozstaniu ze mna ja zmienil. Nie ukrywajmy – na lepsza.
Jak bylam z X. to caly czas pozyczal ode mnie pieniadze na benzyne i w ogole biezaca dzialalnosc, a teraz opowiada o swoich wypadach do Wloch, zeby polatac na motolotni albo przysyla SMSy z Londynu…

Zauwazylam, ze im dluzej taki delikwent sie ze mna uzera, tym wiekszy potem sukces. A zatem jesli ktos ma ochote na radykalna poprawe jakosci swojego zycia koniecznie powienien sie ze mna przez pare miesiecy pomeczyc, a potem koniecznie rozstac…

Refleksja druga jest kontynuacja cyklu JAK AELka ROBI Z SIEBIE KRETYNKE.

Otoz w zeszlym roku w urodziny spotkalam sie z pewnym uroczym Jotem. Podaczas uroczej, intelektualnej rozmowy, kiedy nasza wzajemna fascynacja rosla, ustalilismy, ze bywamy na tym samym forum internetowym. Jot zdradzil mi swoj nick – BeeBop.

W zakamarkach pamieci odnalazlam swoje jedyne skojarzenie zwiazane z tym slowem. BeeBop, BeeBop… BeeBop i Rocksteady! Te dwa potworki z „Wojowniczych Zólwi Ninja”!! Pomocnicy Shredera!

Przekonana o swojej blyskotliwosci wyjawilam Jotowi swoje skojarzenie, a widac jego zaskoczona mine wyjasnilam mu tez pochodzenie skojarzenia.

Jot popatrzyl na mnie poblazliwie i powiedzial:

-BeeBop to taki gatunek w jazzie i stad moj nick. A z okazji Twoich urodzin chcialbym Ci wreczyc prezent – plyte z moja ulubiona muzyka jazzowa…

Tak, w urodziny bywa ciekawie…

OK, pojutrze urodziny.

Dwudzieste piąte.

Wiem, lata sie mnie nie imaja. Mam te sama figure co w VI klasie podstawowki. Wygaladam znacznie lepiej niz jako dwudziestolatka. Mam wiecej do powiedzenia i w ogole jestem coraz bardziej interesujaca. Mezczyzni zaczeli sie mna interesowac odkad skonczylam 22 lata i to zjawisko wciaz sie wzmaga. Takie sa obiektywne fakty.

A jednak troche dziwnie sie czuje. Kiedy mialam 15 lat, myslalam, ze kiedy skoncze 25, bede juz miec meza, dziecko i dobrze prosperujaca firme. Teraz maz kojarzy mi sie z wiezieniem, dziecko z kula u nogi, a dobrze prosperujace firmy maja siedziby na Kajamanach.

Mam dwie koncepcje na spedzenie sobotniego dnia:

- zaszycie sie w domu, wylaczenie telefonu, najnowsza ksiazka Pilcha w jednym reku, a kieliszek dobrego wina w drugim. Zyczenia tylko od najblizszych i zadnych celebracji faktu zblizania sie do krawedzi grobu.

- wieczorne szalenstwo w warszawskich klubach. Fantastyczny wyglad, troche alkoholu, znajomi blizsi i dalsi, radosc z faktu dozycia 25. urodzin i marzenie dozycia do 26.

I pewnie jak zwykle zwyciezy opcja wyposrodkowana, czyli drinki w ulubionym lokalu w gronie kilkorga dobrych znajomych i spokojne godzenie sie z uplywem laskawego dla mnie czasu…

PS. Gdyby ktos nie mial okazji spotkac sie ze mna w sobote osobiscie, a ma zyczenie zlozenia mi powinszowan, to ten adres mailowy z boku tudziez nrumer GG sa aktualne :-)

Dzis rano moj brat z wielkim hukiem otwiera drzwi do mojego pokoju i przemawia do mnie ledwo wygrzebujacej sie z poscieli i przecierajacej oczy:

- Młoda, teraz wyglosze ci wyklad na wielce dwuznaczny temat: „Wstrzykiwanie nośników”!!!

(Tu dla wyjasnienia nalezy dodac, ze moj brat jest studentem wielce szanowanego wydzialu na lokalnej politechnice i wlasnie trwa goracy okres przedsesyjny, co dobitnie i znaczaco wplywa na jego psychike)

Ja cos tam niewyraznie mrucze spod koldry, ale brat przystepuje do prelekcji.

- Na poczatek przedstawie ci znany schemat polprzewodnika.

W tym momencie podsuwa mi pod zaspane oczy jakis rysunek. Cos jakby rurka, przez ktora przelatuja strzalki.

Brat chce perorowac dalej, ale ja przerywam pytaniem: A czym rozni sie schemat polprzewodnika od schematu przewodnika?

W tym momencie brat prawie przewraca sie z oburzenia i doznaje widocznej zalamki.

- Mloda, ludzie siedza w laboratoriach i jak te kreciki produkuje polprzewodniki, zebys mogla gadac przez komorke i miec plaski monitor,A TY TAKIE PYTANIA ZADAJESZ!? Gosciom z Intela GLOWY BY PEKLY JAKBY TO USLYSZELI!!!

Ja niesmialo: ale daj spokoj, to chyba dobre pytanie – czym sie rozni schemat polprzewodnika od schematu przewodnika?

Brat:PODPISEM POD RYSUNKIEM SIE ROZNI!!!

Tak sobie teraz mysle: czy to jestem taka glupia czy to ta polibuda tak lasuje ludziom mozgi…?

Zostalam zaproszona na sesje zdjeciowa. Serio. I to nie jako pomoc techniczna. Jako model! Slaaaaaaaaaaaabooooooooo????

Wprawdzie sadzilam, ze moje krotkawe nozki i tkanka tluszczowa wskazujaca na stan odlegly od anoreksji skazuja mnie na wieczne wzychanie do zdjec Naomi i Cindy, ale jednak NIE!

Moje, i nie tylko moje, zdjecia maja byc opublikowane przez jakies portale internetowe…”LUB CZASOPISMA”!
Chyba raczej czasopisma. Nic nie zrozumialam, ale w piatek sie dowiem :-)

Tak naprawde to dostalam po prostu propozycje nie do odrzucenia, zeby wziac udzial w sesji zdjeciowej organizowanej dla firmy, w ktorej pracuje. Czyli normalnie mam byc wizytowka firmy. Oczywiscie nie spodziewam sie za to ujrzec zlamanego szelaga…

NO ALE OD CZEGOS TRZEBA ZACZAC KARIERE ;-))))))))))))))))))

Propozycje od redaktorow Cosmopolitan, Playboya i takich tam prosze zostawiac w komentarzach…

DRZYJCIE WYBIEGI PARYZA I MEDIOLANU : AELka SIE ZBLIZA!!!

Tak, wiem, ze wada szyn doprowadzila do katastrofy kolejowej. Wiem, ze polscy zolnierze w Iraku ponosza straty w ludziach nawet jak iraccy partyzanci nie wychodza z kryjowek. Wiem, ze lekarze rodzinni pozamykali gabinety. Ten samolot nad Morzem Czerwonym to faktycznie przykra sprawa.

Mnie natomiast nurtuja problemy i dylematy z mojego podworka, ze tak powiem…

Po pierwsze, to moje cudowne pioro Parker, otrzymane swego czasu od Bardzo Fajnego Kolesia, zepsulo sie i nie chce pisac… I nie pomaga ssanie, dmuchanie, potrzasanie ani pstrykanie w nabój… Jakies porady…?

Po drugie, to na moich udkach (przypominajacych udka kurczaka) zrobily sie takie rozowe „pajaczki”… I nie wiem jak je usunac… Na razie wyczytalam, ze powinnam lykac Rutinoscorbin, ale raczej zapobiegawczo. Na laserowe zamykanie ani jakas tam skleroterapie sie nie pisze, bo to w sumie tylko kilka kreseczek… Jakies porady…?

Po trzecie, kontunuujac temat mojej domniemanej urody, to postanowilam sie odchudzac. Nie wygladam jeszcze jak sznurowany baleron, ale cos z tymi bioderkami i brzuszkiem jest na rzeczy… Na poczatek mogloby odechciec mi sie jesc slodycze. Porady typu: „kup sobie za 350 zl karnet do fitness-clubu i cwiczac 4 razy w tygodniu po 3 godziny juz po 1,5 roku dostrzezesz pierwsze efekty” nie beda rozpatrywane pozytywnie… A zatem: jakies porady…?

Po czwarte, niezbyt rowno posmarowalam sie samoopalaczem. W zasadzie to jest balsam brazujacy, ale zacieki pozostawia calkiem widowiskowe. I zebym nie wiem co robila, to krem na buzi zawsze rozlozy mi sie rowno, a balsam na pozostalej czesci odwloku – NIE! Jakies porady…?

Po piate, to prowadze niehigieniczny tryb zycia. Klade sie o 2, a wstaje o 11. Czasu srodkowoeuropejskiego, czy tam jaki teraz mamy. Powinnam to zmienic. I czuje, ze najskuteczniejsza metoda bedzie tegotygodniowy hardcore w pracy. Trzeba przychodzic na 8, wychodzic o 20 i o 22 poduszka sama bedzie sie do mnie usmiechala… Ale moze jakies porady…?

A po szoste, to domagam sie wiosny. Nie zgadzam sie na koniecznosc chodzenia w obszernych swetrach, niezgrabnych spodniach, podejrzanie wygodnych butach i pogrubiajacych kurtkach! Domagam sie temperatury umozliwiajacej mi prezentacje biustu oraz chodzenie bez czapki!

No, niech tam! Byle nasz wies spokojna…

Jesli wierzyc przepowiedniom z cyklu „jaki Nowy Rok, taki caly rok” to rok 2004 spedze na spaniu, wylegiwaniu sie w lozku, wylegiwaniu sie w wannie, czytaniu czasopism kobiecych, rozmowach telefonicznych z roznymi fajnymi osobami (tak, Bazar , o Tobie mowa), zabiegach pielegnacyjnych, jedzeniu posilkow przyrzadzonych przez mojego aktualnego partnera oraz innych czynnosciach zwiazanych scisle z moim aktualnym partnerem…

Postanowilam oprzec sie wszechogarniajacej fali podsumowan blogowych i nie zamierzam oglosic wszem i wobec z iloma kolesiami przespalam sie w tym roku.

Zamierzam za to jednoosobowo dokonac wybory najlepszego cytatu sportowego roku 2003. Oto on:

” -W życiu przeczytałem tylko jedną książkę, bo miała tylko osiem stron. To była „Nasza szkapa”. Chyba coś o jakimś wychudzonym koniu – Mariusz Piekarski, były piłkarz Legii o swojej domowej bibliotece.

Czyz nie jest rozbrajajacy???????????????

Wiecej takich „perełek” –> TUTAJ


  • RSS