ael blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2003

UWAGA, blogowiczki!!!

Szerzy sie niebezpieczna zaraza: ZAKUPOHOLIZM!

Dopadlo nawet mnie, dotychczas osobe nadzwyczaj oszczedna (pozostanmy przy okresleniu oszczedna, choc nawet rodzice nazywaja to skapstwem) i powsciagliwa przy wydawaniu pieniedzy.

A dzisiaj po prostu weszlam do sklepu i po kilku minutach wyszlam stamtad z nowymi spodniami!
Kto to slyszal!!! Dotychczas potrzebowalam kilku dni do namyslu!

O zarazenie mnie ta grozna przypadloscia oskarzam Miss Curiosity , ktora wczoraj epatowala mnie widokiem swoich nowych spodni i kurtki.

Jak widac choroba rozwija sie w zastraszajacym tempie. Czas wylegania wirusa to jedynie 12 godzin.

SZCZEPIONKA LUB LEKARSTWO POTRZEBNE OD ZARAZ!!!

Zawsze mialam problem z odpowiedzia na pytanie „A JAKI JEST TWOJ ULUBIONY AKTOR”????

Nie przeszkadzalo mi to jednak testowac moich aktualnych badz potencjalnych towarzyszy zycia na okolicznosc „a jaka jest Twoja ulubiona aktorka?”
Na podstawie odpowiedzi wyrabialam sobie opinie jaki typ urody preferuja…No i czy taki zblizony do mojego…

Co prawda trudno mi bylo konkurowac z odpowiedziami typu Rene Russo (aktualnie nie jest zle, odpowiedz brzmiala: Kirsten Dunst), ale zawsze jednak jakas odpowedz padala…

Ja natomiast zawsze mialam problem… Zazwyczaj odpowiadalam, ze uwielbiam Roberta de Niro, ale to raczej ze wzgledu na genialne umiejetnosci aktorskie (chyba potrafi zagrac olowek z rozroznieniem na olowek twardy i olowek miekki), a nie jakies walory wizualne…

A teraz juz wiem!!!

Obejrzalam sobie film „Mezczyzna – przedmiot pozadania” i absolutnie uwiodl mnie (ekranowo oczywiscie)

Bede sie snobowac na milosniczke kina europejskiego…

AELka w kuchni…

10 komentarzy

Postawmy sprawe jasno : są rzeczy, w ktorych absolutnie nie znam umiaru…

I tak chocby jedzenie – jesli zasmakuje mi jakas potrawa, potrafie to jesc na sniadanie, obiad i kolacje. Tak bylo kiedys z platkami (kukurydzianymi) z jogurtem. Zmienialy sie tylko jogurty…

W lecie corocznie sa to ogorki. Takie zielone, prosto z grzadki, posypywane sola…

A aktualnie… salatka. Nazwijmy ja „salatka prymitywna”…

Składniki:
- puszka zielonego groszku
- 3 jajka na twardo
- kilka kiszonych ogorkow
- majonez
- ewentualnie przyprawy.

Przygotowanie (!):
- posiekac to, co wymaga siekania, zmieszac i zjesc.

Jest to potrawa akurat na moim poziomie rozwoju kulinarnego ;-)

Kiedy w moim towarzystwie ktos przytacza maksyme „przez zoladek do serca”, zawsze usmiecham sie dwuznacznie i mowie „ja znam krotsza droge”…

Teraz juz przynajmniej wiadomo dlaczego…
;-))))

Groch z kapustą

6 komentarzy

Siedze sobie i jem chipsy ziemniaczane „Biesiadne” (cena ok. 1,69 zl, jakosc jak za cos 5 razy drozszego, goraco polecam), na przemian z jogurtem gruszkowym Bakomy (jestem potworem jogurtowym, dzien bez jogurtu jest dniem straconym) i popijam Cappuccino Irish Cream Jacobsa wyjatkowo poslodzone (jako dziecku podawano mi do picia herbate poslodzona 2 lyzeczkami cukru, kiedy doroslam stopniowo zarzucilam ten obyczaj i teraz prawie nie uzywam cukru, zas kupuje tylko dla gosci).
Trudno mi zarzucic brak oryginalnosci w komponowaniu posilku…

Przez ostatnie dwa dni w moim mieszkaniu pomieszkiwal kot. Maly, bury kot, podrzucony mi na przechowanie…Za moja zgoda naturalnie…

Zasadniczo uwielbiam koty. Lubie nawet bardziej niz psy, chcialabym miec w przyszlosci i w ogole milo nam sie obcuje…

Ale nie z tym diablem wcielonym! Mialam ochote wyrwac jej wszystkie klaki z ogona, kiedy o 6 rano mialczala pod drzwiami (tak rekreacyjnie mialczala, zawsze mialczy pod drzwiami, bo lubi…) albo najwieksza ochote na zabawe miala wlasnie wtedy, gdy ja musialam pojsc do pracy… A poza tym jest slodkim kociatkiem. Zwiedzila cale mieszkanie oprocz zyrandoli, choc niewiele jej brakowalo…

Bedzie jeszcze wpadac w awaryjnych sytuacjach swojej wlascicielki, zostawila kuwete, zwirek i sucha karme.

Ja jednak poprzestane ne rybkach (wywlokla im roslinki z akwarium, ale zadnej nie zjadla).

Wczoraj bylam w kinie na „Kill Bill”. Film odczytalam jako kpine z dominacji przemocy i krwawych scen walki na ekranach… Ciekawe czy wlasciwie odebralam intencje Quentina…

Acha, i nie polecam Kinoteki. Podejscie do klienta maja jak panie w sklepach z cyklu PSS Spolem na poczatku lat 80.
Chyba skonczy sie na interwencji mailowej u kierownictwa…

A poza tym, to zycze milego weekendu :-)))

CRASH-BOOM-BANG

11 komentarzy

A w piatek wieczorem zwyczajnie nie dalam rady isc na impreze…Po pierwsze po calym tym tygodniu mialam zwyczajna ochote polezec sobie w lozku, a po drugie nie mialam ochoty na kolejne spiski, intrygi i plotki…W koncu Endrju poszedl sam, ale wrocil za 2 godziny. Wiadomo, beze mnie to zadna zabawa ;P

Za to w sobote wieczorem przy zmienianiu wodu w akwarium nastapilo male CRASH-BOOM-BANG! I od razu zrobilo sie ciekawie… Rybki wyskakujace z miski, facet broczacy krwia jak zarzynane prosie i kupa szkla w calej lazience…Ale spokojnie, agentka Nunu (to moja ksywa operacyjna) opanowala sytuacje (tzn. swojego prosiaka opatrzyla niczym Marusia i kazala mu posprzatac w lazience to, co nabroil).
Jedna ryba w koncu wyskoczyla i polezala chwile na dywanie, zanim zostala znaleziona…Chyba nic jej nie jest. Na noc przykrylismy miske sciereczka, ale Endrju i tak wstawal kilka razy, zeby sprawdzic czy wszystko z nimi w porzadku…

No ale tak to juz bywa, jak sie zmienia wode w akwarium po romantycznej, zakrapianej kolacji ;-)

A w niedziele rano wyruszylismy na polowanie. Udalo sie upolowac nowe akwarium. Tez kula…

A teraz sobie slucham Hanny Banaszak „Pogoda ducha”
„…a ja, pogoda ducha twa, natychmiast zjawiam sie, gdy czuje, ze ci zle…”
dobra, stara, zjawiaj sie…

Jestem wsciekla… Sama na siebie…Doprawdy, bywam zalosna z tym swoim dobrym wychowaniem…

Zaczelo sie od tego, ze pojechalismy do hipermarketu i oprocz zakupow zywieniowych na caly tydzien kupilismy tez produkty na romantyczna kolacje… Miedzy innym niezle greckie wino (teraz mam „faze” na greckie)…

W drodze powrotnej uswiadomilam sobie, ze nie dorobilam sie jeszcze korkociagu… Zreszta stosunkowo niedawno dorobilam sie kieliszkow, i juz ten fakt wystarczyl mi do dobrego samopoczucia…

Wobec niespodziewanej przeszkody postanowilismy wpasc niczym dwie blyskawice do najblizej usytuowanego sklepu Elea (dawniej Billa). Wtargnelam miedzy polki, ale udalo mi sie jedynie znalezc przepiekny, dobrze wykonany (zapewne ze stopu matali niezwylke szlachetnuch, sprowadzanych z hut australijskich zaopatrywanych przez kopalnie rud w RPA) korkociag w cenie 37,99 zl. Troche duzo jak za glupi korkociag…

Zla jak osa (w poprzednim sklepie pewnie dalo by sie kupic korkociag za duzo mniejsze pieniadze i to jeszcze bez tych korowodow) chwycilam pierwsze lepsze cukierki na oslode swojego gorzkiego losu i pognalam do kasy. Stanelam w najkrotszej kolejce, wymijajac pozostawiony na drodze do niej pelny wozek. Za chwile przyszla pani, wziela wozek, usmiechnela sie i powiedziala „przepraszam”, po czym wyminela mnie sprawiajac, ze stalam na koncu kolejki.

Przytkalo mnie. W glowie gonitwa mysli… Moze jej powiedziec, ze przeciez tu nie stala (a na pewno nie stala jak ja przyszlam)… Moze ja poprosic, zeby mnie puscila, bo ja mam przeciez jeden artykul, a ona ze trzydziesci… Za chwile do pani dolaczyl pan, a ona znow gdzies sobie poszla.

Wsciekla rzucilam te cukierki i wymaszerowalam ze sklepu.

I jestem wsciekla. Na siebie. Ze jestem taka fajtlapa. Ze staram sie unikac konfliktow. Ze szanuje starszych. Ze uwazam, ze sa sprawy, o ktore nie warto kruszyc kopii. Ze nie umiem nabluzgac obcym ludziom. Ze nie zrobilam awatury. Ze sie poddalam bez walki. Ze ktos mnie kiedys dwa razy sprzeda i trzy razy wezmie pieniadze. Ze nie umiem walczyc o swoje. Ze wole ustapic niz sie szarpac…

POZNAJCIE AEL – FRAJERKE ROKU 2003!!!

Wróć oknem…

12 komentarzy

Dzis przy porannej kawie jakos zebralo mi sie na wspominki o pewnym koledze z „podstawowki”…
Otoz kolega zawsze robil za klasowego fajtlape… Nigdy jakos nie wyroznial sie niczym „in plus”. Na poczatku byl przecietnym uczniem, potem bylo gorzej i gorzej. Nie byl lubiany ani przez kolegow, ani przez nauczycieli.

Nasza owczesna wychowawczyni, dyrektorka szkoly i miejscowa radna, czyli wlasciwie osoba wszechwladna, niezle sobie na nim uzywala… W zasadzie slusznie, bo zdarzalo mu sie wygadywac straszne glupoty. Do dzis pamietam jego teorie z VII klasy, ze czasownik odpowiada na pytanie „co?”. No tak: co? -> robi

W III klasie bardzo sie cieszyl, bo mama urodzila mu siostrzyczke… Jego radosci nie zmacil fakt, ze wobec smierci ojca przed kilku laty jego mama byla osoba samotna… Mieszkali w kiepskich warunkach, opiekowal sie rodzenstwem, pod kazdym wzgledem odstawal od grupy rowiesniczej.

Ubzdural sobie, ze jest dobry z historii… My postrzegalismy go jako bardzo slabego ucznia, ale on i jego matka woleli twierdzic, ze po prostu jest lepszy z historii niz innych przedmiotow. Prawde mowiac to bylo troche smieszne i zalosne…
W VI klasie dawalam mu takie kolezenskie „korki” z matematyki, gdy grozil mu brak promocji do nastepnej klasy…Jak zreszta co roku…

Jakos cudem ukonczyl z nami te „podstawowke”… Potem mial jakies kosmiczne problemy z szkole sredniej. Poszedl do technikum, ale chyba nie dal sobie rady… Ostatecznie kiedy spotkalismy sie w zeszlym roku powiedzial mi, ze studiuje w pobliskim miescie…

I co?

Otoz w ostatnich wyborach zostal radnym w mojej rodzinnej miejsowosci.
Teraz wystepuje w lokalnych gazetach jako inicjator akcji sportowych dla mlodziezy tudziez na posiedzeniach Rady Miasta przepytuje burmistrza na rozne okolicznosci…

Nie sadze, aby znaczaco zmadrzal od czasow szkoly… Mysle raczej, ze zrobilismy mu wtedy duzac przysluge uodparniajac go na ludzka krytyke…

On z kolei nauczyl mnie teraz, abym wyrzucona drzwiami wracala oknem…

Musze sie pozbyc tego swojego samokrytycyzmu, pokory i skromnosci, ot co!

Babciofobia

15 komentarzy

Wprawdzie staram sie na blogu nie poruszac kwestii nadmiernie kontrowersyjnych, ale niektore zjawiska wrecz same sie prosza o opisanie…

Otoz stoje sobie wczoraj ok. 22 na placu Wilsona czekajac na autobus i obserwuje okolice.
Na przejsciu dla pieszych pali sie czerwone swiatlo. Nie jedzie zaden autobus, do ktorego mozna by sie spieszyc. Jada za to samochody, zwlaszcza zza zakretu wyjezdzaja… Pali sie to czerwone swiatlo, na przejsciu stoja dwie mlode osoby i jedna babcia… I oczywiscie babcia nagle wylatuje (swoim babcinym krokiem) na srodek jezdni… Pisk hamulcow, ryk klaksonu… Na szczescie tym razem kierowca zdazyl…Babcia wraca do mlodych czekajacych na zmiane swiatel…

A dzis widzialam na ul. Krasinskeigo jak dwie babcie przechodzily sobie na zakrecie przez jezdnie. Ze 30 metrow od pasow. Jedna byla o kulach…

Ja nie wiem, czy w pewnym wieku to juz sie ma poczucie niesmiertelnosci…
Moj brat komentuje to jako zjawisko „ja tu chodzilam w czterdziestym dziewiatym, wiec co mi bedziecie pasy wyznaczali”…

Ale, doprawdy, jak ktos ma ochote na autoeutanazje, to po co jeszcze wiklac w to niewinnych ludzi…

Ciekawe czy mi tez sie uaktywni ten syndrom „mlodzi nie zdaza, ale ja na pewno zdaze” jak bede juz babcia…?

Z luboscia tuptam w tych kupionych kilka tygodni temu butkach…

Sa noszone do szewca w celu zmiany fleczkow (zwanych tez zelowkami) mniej wiecej co tydzien… tzn. do tej pory byly juz 2 razy…

Moim zdaniem swiadczy to o kompletnej fuszerce szewca (tudziez producentow zelowek), zas wszelkie sugestie, ze to wina mojego sposobu chodzenia to zlosliwe oszczerstwo!!!

A na dodatek zastepy oszczercow sie mnoza…Ostatnio dolaczyl nawet do nich rzeczony szewc! O ojcu rodzonym jako inicjatorze kampanii oszczerstw nie wspominajac…

I jeszcze te docinki: „ucz sie, dzieciaku, zebys w zyciu chociaz na buty sobie zarobila”…

No to co, ze potrzebuje ze 2 pary butow na sezon…? Nie moja wina, ze producenci produkuja takie nietrwale wyroby ;P

12 komentarzy

Cierpie na staly brak czasu, czyli poslugujac sie nomenklatura jednego z moich przelozonych „jestem w niedoczasie”…

Dzis odwiedzilam apteke, gdzie pani nie potrafila mi odpowiedziec na pytanie jak dlugo po zaprzestaniu przyjmowania antybiotyku nadal wplywa on na dzialanie pigulek „antybejbi”, za to zachwycila sie moimi perfumami (ktorymi ja sama sie natomiast nie zachwycam). Nastepnie w pedzie dotarlam pod Rotunde skad nastapil wymarsz do BUWu. Na trasie lezal kampus Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie, jak sie pozniej dowiedzialam, jakas firma organizowala akcje promocyjna rozdajac torebki wypelnione wszelkim dobrem typu napoj energetyzujacy, najnowszy numer „Przekroju”, batonik Wedla i jeszcze pare innych pomniejszych. Oczywiscie podczas swojej wedrowki starannie ominelismy AudiMax, gdzie podobno te gadzety rozdawano… Tyle na temat fartu…

W BUWie uczestniczylam w targach szkol jezykowych, gdzie oczywiscie nie znalazlam oferty szkoly, ktora koniecznie chcialam znalezc… Na pocieszenie kupilam sobie nowa ksiazke do zalazka mojego ksiegozbioru. Nic nadzwyczajnego, „Hobbit”, ale zawsze milo miec swiadomosc, ze wlasnie kompletuje sie zbior ksiazek, ktory byc moze posluzy wnukom…

W czasie klusowania po BUWie i okolicach zdrowo zglodnialam, totez udalismy sie do pobliskiej „kebabowni”. Kiedy tylko dostalam kebab do reki zaczal padac deszcz i skonsumowalismy go stojac w bramie… Niestety nie mielismy taniego wina, aby uczynic atmosfere bramowej konsumpcji jeszcze bardziej stylowa…

W powrotnej drodze do domu zrobilam dobry uczynek kupujac w prezencie swojemu aktualnemu starajacemu sie ;) wspaniala mydelniczke wykonana z czerwonego i bezbarwnego plastiku zwianczona monstrualna czerwona kokarda na przykrywce. Obdarowany cieszyl sie jak dziecko. Wartosc prezentu : 1 zloty 80 groszy. Polecam goraco, Hala Marymoncka, stoisko z cyklu 1001 drobiazgow…

Swoim rybkom natomiast dokupilam nowe roslinki do akwarium, ale bynajmniej nie wydaja sie byc zadowolone… Choc niby skad mam wiedziec, ciezko cos wyczytac z ruchu miniaturowych pletw…

A jutro bede walczyc dalej…


  • RSS